Tak się nam jakoś sprawy zapędziły w róg kozi, że aż przegapiłem wspaniałą okazję na notkę na mojego bloga. Mianowicie miałem wspaniałe, cudowne wprost rozpoczęcie sezonu trociowego Anno 2013. Mowa oczywiście o sezonie na Troć Morską - bo pilne uczęszczanie na otwarcie styczniowego sezonu na troć w rzece uważam za nieskończony wprost obciach.

Była więc połowa listopada i pogoda surowa, kąsająca chłodem przenikliwym i mgłą niezbyt przyjemną a rzadką, a mętną. Morze nieszczególnie srodze falowało, a wędkarze byli średnio liczni - a im dalej szedłem plażą na wschód, tym rzadziej ich mijałem. W końcu dotarłem w miejsce tradycyjnie odpoczynkowe, gdzie zastałem mego kuzyna Michała, kolegów Szymona i Krzycha (wymienionych na tym blogu z imienia przy okazji poprzedniego sezonu trociowego - kiedy to nawet złowiłem rybę) oraz ich nowego Kolegę Sebastiana, mieszkańca Stargardu. Tam też rozpoczęliśmy, jak to określa młodzierz, melanż - oczywiście melanż w szerokim i głębokim rozumieniu, nie polegający wyłącznie na opróżnianiu butelek jakiegoś byle świństwa z procentami. Powiedziałbym wręcz, że melanż polega na wytworzeniu specyficznej atmosfery dość mocno nawet niezależnej od spożytych procentów; pamiętam doskonale z dawnych czasów prawdziwe melanże spowodowane dobrym samopoczuciem w specyficznej grupie oraz hiperwentylacją wynikłą z nieudawanego śmiechu - krótko mówiąc dobrym ubawem. Wyobraźmy sobie szum morza, stanie pod klifem (na zmianę z siedzeniem i leżeniem), ogólną wesołość, oglądanie wędek i much kolegów, opowiadanie ostatnich ciekawych przygód wędkarskich i nie tylko - a to wszystko kulturalnie zapijane gorącą herbatą z dolewką osławionych procentów, które wprawiały to wszystko w krążenie, w mrowienie, w wibracje - i pamiętając, że klif był Klifem, tym Klifem, naszym Klifem, że Morze, że Trocie - gdzieś, w tym Morzu! Stąd też co jakiś czas, co kilkanaście minut, któryś z nas brał jedną z wędek, muchową lub spinningową, wchodził do wody - i kusił te trocie, niestety do końca bezskutecznie. Ale ten dresczyk - tam są trocie! Są!

Barwny nasz korowód prawie płetwonurków (stroje do brodzenia jako sznyt subkulturowy) przeniósł się był już z wieczora, jakże wówczas wcześnie zapadającego, jeszcze dalej na wschód, ku plażom plaszczystym i jałowym, pozbawionym tak przez nas ulubionych głazów porośniętych jak nie zaraz omułkiem, to przynajmniej pąklą, wspaniale tnącą żyłkę a zwłaszcza plecionkę, niszczącą sznury muchowe i cenne oweż stroje. Za to była tam kładka cała z drewna, ze schodkami sklecona, prowadząca do niewielkiego Ośrodka wypoczynkowego. W tymże ośrodku kolegi moje znakomite wynajęły zawczasu pokoje z kuchnią i widokiem na morze. Niespodziewanie więc mój krótki wypad nad morze zamienił się w wypad z noclegiem - i do tego z melanżem. Skorzystałem z gościny i z procentów - lały się domowe nalewki na cytrynie i na zielonej herbacie, a jadło się co bądź: ktoś miał makaron, ktoś pasztet, ktoś kawałek sera, chleb. Ja miałem syrop z lukrecji od migren, który też bardzo mi się był przydał dnia następnego.

Melanż, inaczej trudno to określić, bo nie była to bynajmniej "popijawa" - potrwał do późnych godzin nocnych i trzymał poziom straszliwy. To określenie oznacza, że byli obecni ludzie ze specyficzną wiedzą wykraczającą daleko poza informacje dostępne w jakichkolwiek źródłach pisanych i wszelkich innych - i że swoją wiedzą chętnie się dzielili. Przykład? Krzysztof, przez wiele lat rybak, obecnie przedsiębiorca budowlany, opowiadał o dziwach i tajemnicach ichtiofauny wód szczecińskich - same rzeczy doświadczane samodzielnie przez wszystkie te lata rybaczenia, nurkowania i łowienia. Jakie to rzeczy pytacie? Ano takie, o których guzik wiedzą miejscowi profesorowie od ryb, nie mówiąc już o zamiejscowych - i dodam, że sensacyjne, niebywałe i elektryzujące, choć niestety często opowiadane w czasie przeszłym, jako już nieaktualne lub nadwątlone. Przy okazji dowiedziałem się, że polscy rybacy są tak skuteczni, tak dokładnie czyszczą nasze wody z ryb, bo operują swoim sprzętem na naprawdę najwyższym światowym poziomie (poza tym oczywiście są pazerni - łowią, ile się da i na ile im się pozwoli, to zwykle prości ludzie). Smykałka do konstruowania przemyślnych sieci, co jest bardzo rozległą i pełną tajnych myków dziedziną wiedzy, jest u naszych tak rozwinięta, że analogiczne rozwiązania rybaków z Niemiec pozostają na poziomie naszych lat sześdziesiątych. Ale my nie o tym; było dużo na wiele tematów, były rzeczy spoza obiegu i mrożące krew w żyłach, jak lokalne władze i ich powiązania, prawo i praktyka ochrony środowiska w Polsce, literatura, rozważanie problemów zdrowotnych wybranych osób w kontekście co mocniejszych roślin leczniczych - i tak dalej, do bardzo późna.