Blog
Dilettante
kaminskainen
kaminskainen wielobarwny, przewielobarwny, morwobarwny
25 obserwujących 452 notki 273445 odsłon
kaminskainen, 11 czerwca 2013 r.

Otwarcie morskiej troci - zeszłoroczne

Tak się nam jakoś sprawy zapędziły w róg kozi, że aż przegapiłem wspaniałą okazję na notkę na mojego bloga. Mianowicie miałem wspaniałe, cudowne wprost rozpoczęcie sezonu trociowego Anno 2013. Mowa oczywiście o sezonie na Troć Morską - bo pilne uczęszczanie na otwarcie styczniowego sezonu na troć w rzece uważam za nieskończony wprost obciach.

Była więc połowa listopada i pogoda surowa, kąsająca chłodem przenikliwym i mgłą niezbyt przyjemną a rzadką, a mętną. Morze nieszczególnie srodze falowało, a wędkarze byli średnio liczni - a im dalej szedłem plażą na wschód, tym rzadziej ich mijałem. W końcu dotarłem w miejsce tradycyjnie odpoczynkowe, gdzie zastałem mego kuzyna Michała, kolegów Szymona i Krzycha (wymienionych na tym blogu z imienia przy okazji poprzedniego sezonu trociowego - kiedy to nawet złowiłem rybę) oraz ich nowego Kolegę Sebastiana, mieszkańca Stargardu. Tam też rozpoczęliśmy, jak to określa młodzierz, melanż - oczywiście melanż w szerokim i głębokim rozumieniu, nie polegający wyłącznie na opróżnianiu butelek jakiegoś byle świństwa z procentami. Powiedziałbym wręcz, że melanż polega na wytworzeniu specyficznej atmosfery dość mocno nawet niezależnej od spożytych procentów; pamiętam doskonale z dawnych czasów prawdziwe melanże spowodowane dobrym samopoczuciem w specyficznej grupie oraz hiperwentylacją wynikłą z nieudawanego śmiechu - krótko mówiąc dobrym ubawem. Wyobraźmy sobie szum morza, stanie pod klifem (na zmianę z siedzeniem i leżeniem), ogólną wesołość, oglądanie wędek i much kolegów, opowiadanie ostatnich ciekawych przygód wędkarskich i nie tylko - a to wszystko kulturalnie zapijane gorącą herbatą z dolewką osławionych procentów, które wprawiały to wszystko w krążenie, w mrowienie, w wibracje - i pamiętając, że klif był Klifem, tym Klifem, naszym Klifem, że Morze, że Trocie - gdzieś, w tym Morzu! Stąd też co jakiś czas, co kilkanaście minut, któryś z nas brał jedną z wędek, muchową lub spinningową, wchodził do wody - i kusił te trocie, niestety do końca bezskutecznie. Ale ten dresczyk - tam są trocie! Są!

Barwny nasz korowód prawie płetwonurków (stroje do brodzenia jako sznyt subkulturowy) przeniósł się był już z wieczora, jakże wówczas wcześnie zapadającego, jeszcze dalej na wschód, ku plażom plaszczystym i jałowym, pozbawionym tak przez nas ulubionych głazów porośniętych jak nie zaraz omułkiem, to przynajmniej pąklą, wspaniale tnącą żyłkę a zwłaszcza plecionkę, niszczącą sznury muchowe i cenne oweż stroje. Za to była tam kładka cała z drewna, ze schodkami sklecona, prowadząca do niewielkiego Ośrodka wypoczynkowego. W tymże ośrodku kolegi moje znakomite wynajęły zawczasu pokoje z kuchnią i widokiem na morze. Niespodziewanie więc mój krótki wypad nad morze zamienił się w wypad z noclegiem - i do tego z melanżem. Skorzystałem z gościny i z procentów - lały się domowe nalewki na cytrynie i na zielonej herbacie, a jadło się co bądź: ktoś miał makaron, ktoś pasztet, ktoś kawałek sera, chleb. Ja miałem syrop z lukrecji od migren, który też bardzo mi się był przydał dnia następnego.

Melanż, inaczej trudno to określić, bo nie była to bynajmniej "popijawa" - potrwał do późnych godzin nocnych i trzymał poziom straszliwy. To określenie oznacza, że byli obecni ludzie ze specyficzną wiedzą wykraczającą daleko poza informacje dostępne w jakichkolwiek źródłach pisanych i wszelkich innych - i że swoją wiedzą chętnie się dzielili. Przykład? Krzysztof, przez wiele lat rybak, obecnie przedsiębiorca budowlany, opowiadał o dziwach i tajemnicach ichtiofauny wód szczecińskich - same rzeczy doświadczane samodzielnie przez wszystkie te lata rybaczenia, nurkowania i łowienia. Jakie to rzeczy pytacie? Ano takie, o których guzik wiedzą miejscowi profesorowie od ryb, nie mówiąc już o zamiejscowych - i dodam, że sensacyjne, niebywałe i elektryzujące, choć niestety często opowiadane w czasie przeszłym, jako już nieaktualne lub nadwątlone. Przy okazji dowiedziałem się, że polscy rybacy są tak skuteczni, tak dokładnie czyszczą nasze wody z ryb, bo operują swoim sprzętem na naprawdę najwyższym światowym poziomie (poza tym oczywiście są pazerni - łowią, ile się da i na ile im się pozwoli, to zwykle prości ludzie). Smykałka do konstruowania przemyślnych sieci, co jest bardzo rozległą i pełną tajnych myków dziedziną wiedzy, jest u naszych tak rozwinięta, że analogiczne rozwiązania rybaków z Niemiec pozostają na poziomie naszych lat sześdziesiątych. Ale my nie o tym; było dużo na wiele tematów, były rzeczy spoza obiegu i mrożące krew w żyłach, jak lokalne władze i ich powiązania, prawo i praktyka ochrony środowiska w Polsce, literatura, rozważanie problemów zdrowotnych wybranych osób w kontekście co mocniejszych roślin leczniczych - i tak dalej, do bardzo późna.

Krótki "sen przed łowieniem" każdy odbył juz indywidualnie na wybranym tapczanie, a ja oczywiście na podłodze - od miękkich, sprężynujących posłań robi mi się niedobrze i boli kręgosłup. Ukrop był niebywały, ale kaloryfery były poblokowane - bywa to zmorą takich miejsc. Pobudka - i ranek, i znów morze za oknem - wspaniała sprawa. Tłuczemy się z gratami, ja ze swoją niebieską torbą z Ikei, Szymon poleciał łowić pierwszy i zadzwonił, żeby mu przynieść spodnie, bo go strasznie zimna woda w nogi łupie. Zapomnieliśmy tych spodni, Michał po nie wracał, ale nie miał specjalnie daleko. Dochodzimy do wczorajszego miejsca spotkania - chłopaki zostają, ja oddalam się na zachód, co jakiś czas przystaję by wejść do morza i pomachać muchówką. Woda bardzo przejrzysta, akwarium, piach i kamienie. Dochodzę do samochodu, dowiaduję się o rybie Sebastiana - zowił na muchę pięknego tęczaka, pstrąga tęczowego - morskiego tęczaka.

Kolejnego dnia zdobyłem się na eksperyment i pognałem przez las na przełaj, plącząc ścieżki - aż po godzinie doszedłem do plaży w miejscu wcześniej mi nieznanym. Zero palików, kładek - nic, tylko piach, kamienie, klif, pustka - ani człowieka, ani nawet śladów stóp na paisku. Tylko te klify we mgle, jak tysiąc lat temu, dosłownie tak się człowiek czuje. Ale to trzeba pójść w listopadzie na plażę odległą, niedostępną. Wracałem przez las szukając >>krótszej<< drogi, wróciłem do samochodu po ciemku. Ryb nie potrzebowałem, było wspaniale.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Uwaga! Zmieniliśmy sposób komentowania, ale nadal możesz przeczytać stare komentarze do tego wpisu.

Zobacz komentarze
NEWSY - TOP 5

O mnie

"Radykał, ale sympatyczny" (z filmu) Szczerzy przyjaciele wolności są niezmiennie czymś wyjątkowym. (Lord Acton) image Najlepsze Blogi

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Tagi

Tematy w dziale